Wiedza dedykowana Tobie

Kung Fu zegarmistrzostwa, czyli czarny pas w zarabianiu pasją #ModaNaHosting

04 lipca 2018

Michał Napierała. Rzemieślnik, artysta, samouk, minimalista, zegarmistrz-celebryta. Bez parcia na szkło i logotypu na tarczy. Biznes i pasja w tandemie. O krakowskiej pracowni Woodlans, do której chce się wracać.


Kei.pl: Pasja, miłość do sztuki, mechanika i piękno natury – można to wszystko zmieścić w jednym zegarku?

Michał Napierała: 14 godzin szlifowania, wycinania, impregnacji… 52 skomplikowanych procedur wypracowanych przez 7 lat działalności. Swój pierwszy zegarek tworzyłem kilka tygodni. Od początku reprezentuje minimalizm w sztuce zegarkowej, prosta forma, brak logotypu na tarczy. Po prostu „drewniany zegarek”, bez upiększania. Zobacz, dębowe drewno jest piękne samo w sobie, tutaj nie ma co ukwiecać.


Jednym słowem… minimalizm w sztuce zegarkowej

M.N.: To są minimalistyczne projekty, widzisz tu wręcz prymitymizm. Bardziej ograniczenie materiałów niż chęć zdobienia. Mój pierwszy zegarek został stworzony topornie i wszystkie następne zegarki są tworzone topornie…

Tak naprawdę codziennie tworze kopię tego zegarka sprzed 7 lat. Numeruje każdy zegarek. Mój ma numer 1, a ten który tutaj widzisz – 2141. 

To jest moja stara reklama, a to nowa – przez 7 lat niewiele się zmieniło. Tak naprawdę to, że mam jeden model pomogło mi wyrobić sobie markę.


Jesteś prekursorem i weteranem?

M.N.: Nie wiem, nie ścigam się z nikim, chyba, że sam ze sobą. Nie mam konkurencji. Sprzedaje szacunkowo jeden, góra dwa zegarki dziennie, nie mam magazynu. Przez 7 lat pojawiło się i zniknęło około 30 firm, które robiły zegarki na masową skalę. Niektórzy widzą mnie w prasie, w mediach i myślą, że zarabiam miliony… W drewnianych zegarkach upatrują szybkim sposób na zysk. Firmy inwestują w marketing i wynajęcie frezarnii, a potem to nie idzie tak jak trzeba… zaczynają robić okulary, etui, torebki, a następnie meble, po chwilii już tej firmy nie ma.


Nasz akacja #ModaNaHosting ma na celu zachęcanie do promowania biznesu swoim nazwiskiem, szyld nad pracownią wskazuje na to, że nie masz z tym problemu? Działanie pod własnym nazwiskiem to większa odpowiedzialność?

M.N.: Tak, Woodlans to Michał Napierała. Nie mogę zwinąć interesu, zostawić kogoś z serwisem. Taką drogę wybrałem. Oczywiście, to jest możliwe gdy robisz pojedyncze egzemplarze. Gdybym ten zegarek miał numer 40 tysięcy ileś-tam nie mógłbym tego zaoferować. Markując coś swoim imieniem i nazwiskiem musisz trzymać poziom. Ludzie widzą, że jestem rzemieślnikiem, robię to swoimi rękami, podpisuje się pod każdym zegarkiem – i doceniają to.


Pracowałeś na etacie… zrezygnowałeś by zarabiać pasją, czy jest coś, czego dziś Ci brakuje? Tęsknisz za korporacją?

M.N.: Nie. Żałuję, że zrobiłem to tak późno. Nie planowałem zmiany, to wydarzyło się nagle. Oczywiście, na początku, w pierwszym okresie rozkręcania biznesu, brakuje comiesięcznej pensji. Ale to uczy przedsiębiorczości… Dziś, po 7 latach umiem już wykorzystać intensywny, świąteczny miesiąc i poradzić sobie finansowo w styczniu, lutym czy w marcu.


Nie brakuje Ci pracy w zespole?

M.N.: Ja mam taki zespół, na ten moment 2141 osób. Każdy klient jest moim ambasadorem. To jest właśnie mój zespół.


Ale wciąż działasz jako jednoosobowa firma?  

M.N.: Tak, nikogo nie zatrudniam. Oczywiście, sam nie sadzę i nie ścinam drzewa, ale skrupulatnie dobieram osoby do współpracy. Tutaj widzisz to co wczoraj wyrysowałem. Drewno dębowe, pochodzi spod Poznania, od Rafała Majorczyka, który zna się bardzo dobrze na polskim drewnie dębowym.  Jeśli coś dodaję do swojego zegarka, zależy mi żeby to było szlachetne. Na przykład ten pasek, skóra cielęca, pod mój projekt. Ważne aby był jak najlepszej jakości, nie kupuje w hurtowni, znalazłem kaletnika w Koszalinie. Grzegorz Patynko wykonuje dla mnie około 10-15 pasków miesięcznie. Jeżeli już coś dodaje do zegarka, dostawcą musi być rzemieślnik.


Długo czekałeś na uznanie branży?

M.N.: Mam sporo publikacji, ale dla mnie najważniejszą jest ta z magazynu „Zegarki i pasja”. Magazyn pisany przez zegarmistrzów dla zegarmistrzów. Nie zabiegałem o to, ale napisali o mnie w zeszłym roku… po 6 latach mojej pracy. Wśród polskich marek zegarków znalazł się też Woodlans. Uznali mnie ludzie z branży. To cieszy. Przez te lata odwiedziło mnie sporo zegarmistrzów. Część z nich nie wierzyło, przychodzą i patrzą. Bardzo lubię te wizyty. W Polsce zegarmistrzostwa nie da się nauczyć, nie ma szkół. To ginący zawód, moją ambicją jest poznać jak najwięcej z tej dziedziny. Każda wizyta zegarmistrza w mojej pracowni jest nieoceniona. Uczę się też ze starych książek. Tutaj proszę, Bartnik i Podwapiński, starzy, polscy zakonnicy, którzy od lat 60tych do 80tych tamtego wieku kumulowali wiedzę o zegarmistrzostwie. Dzięki takim książkom potrafię stworzyć zegarek nie używając komputera i lasera. Nauczyłem się ręcznie złożyć zegarek, tak żeby on po prostu chodził. Dla mnie dyskusje z mistrzami tego fachu to ogromna przyjemność. Gdy mogę znaleźć się w pół słowa w technologii zegarmistrzowskiej.


W Twoich wypowiedziach słychać duży szacunek do całego kunsztu rzemieślniczego, ale Ty sam siebie postrzegasz bardziej jako rzemieślnikiem czy artystę?

M.N.: W Krakowie, bardzo łatwo uprawiać niechcący sztukę. Jeżeli robisz coś z pasji bardzo szybko dostaniesz metkę artysty. Ja swoją dostałem już kilka lat temu. Jeśli zajrzysz do Wikipedii, artysta to człowiek, którzy tworzy, swój niepowtarzalny, indywidualny produkt i tu, to by się zgadzało… ale u mnie z tyłu głowy wciąż jest biznes. Ważne aby utrzymywać się ze swojej pasji. Robisz to co kochasz i zarabiasz na tym.

Często spotykam się z miejskimi artystami. Są tu ludzie którzy robią niesamowite rzeczy, ale nie wiedza jak to sprzedać. Ktoś maluje zachwycające obrazy przez naście lat i nie sprzedał jeszcze ani jednego.


 Zaczynałeś 2011 roku, na tamten moment nurt handmade nie przeżywał jeszcze swojego złotego okresu? Czy wtedy to była odważna decyzja?

M.N.: Tak naprawdę wtedy jeszcze tego nie było. Ja czerpałem inspirację z XIX wieku, chciałem zrobić drewniany zegarek sam. Stworzyłem go prymitywnie, najprostszymi, tanimi narzędziami. Nigdy nie napisałem biznesplanu pod tą działalność. To się wydarzyło nagle. Choć trzeba przyznać, że trudno stworzyć produkt, który się sprzedaje, gdyby była o tym książka lub gotowy przepis, wszyscy by to robili. Mój pomysł się sprawdził.

Są tacy ludzie, którzy kupują ode mnie zegarek, który jest dopiero na desce. Co trzy godziny pstrykają fotki. Obserwują cały proces od początku do końca. Bardzo lubię kontakt z klientem. Aby mieć mój zegarek, trzeba się ze mną skontaktować. To jedna z 52 procedur.


Planujesz kolejne odważne kroki?

M.N.: Dziś wiem co się wydarzy z moją marką, czuje to bardzo mocno. Dla mnie marka Woodlans jest teraz o wiele silniejsza od jakiejkolwiek firmy dla której bym pracował, to jest dla mnie bardziej pewne. Nie rozpisuje strategii na cały rok, w ten sposób mogę sprawniej reagować na rynek. Planuje marketing krótko, nie wybiegam zbytnio w przód, ale ta elastyczność jest super.


Elastyczność, coś jeszcze?

M.N.: Dziś, moje życie zawodowe praktycznie wymieszało się z prywatny. Znajomym nie przeszkadza, że cały czas gadam o zegarkach. Przychodzą tu do mnie, czasami w pracowni, w sobotę o 16 zaczynamy imprezę. To jest teraz moje życie. Ta pracowania, to wszystko, co widzisz dookoła…  to jestem ja.


Od początku działasz w oparciu o stronę internetową?

M.N.: Tak, od początku działam z własną stroną. Moim narzędziem jest także Facebook. To naturalna forma promocji. Wrzucam posty co 3 miesiące, jedynie ważne momenty w życiu Woodlans. Nigdy nie reklamowałem się za pieniądze, na szczęście mam na tyle chwytliwy produkt, że redakcje chcą o mnie pisać. I są to różne portale. Właściwie nie definiuje swojej grupy docelowej, ode mnie kupują wszyscy. Teraz jestem na tym etapie, że produkuje mniej zegarków niż jest zapotrzebowanie. Moją skalą nie jest różnorodność i ilość. Moją skalą jest cena za sztukę, tutaj będę operować.


Wybierz pracę, którą kochasz a nie przepracujesz ani jednego dnia?

M.N.: Pytałaś o mój plan na kolejne 10 lat… Myślę, że to dalej tak będzie to wyglądać i tak działać. Zawsze będzie te 40 zegarków miesięcznie. Nigdy nie wyjdę poza taką ilość, nie pozwalają mi na to moje 52 procedury.

Ja to po prostu lubię. Gdybym traktował to wyłącznie jako biznes, już dawno by się to skończyło. Są lepsze i gorsze chwile, ale uwielbiam sztukę zegarmistrzostwa, całą kulturalną otoczkę tego fachu.

Nawet ten zegarek, który teraz robię .. jeszcze nie wiem.. może zrobię go z paskiem, może z bransoletą? Na bieżąco, nie ma planowania do przodu.

Michał pokazuje nam swoje artefakty. Kawałek posadzki ze swojej pierwszej pracowni, na której teraz szlifuje zegarki, oraz najważniejsze narzędzie – mały, plastikowy, wycięty fragment ze startej płyty Beatlesów: „Moje idealne narzędzie do wyrysowywania. Gdybym to zgubił produkcja stanęła by na co najmniej tydzień”.

Zachęcamy do obejrzenia fotorelacji z naszej wizyty:


 

Odpowiedzialna za komunikację marek premium. Od 6 lat pasjonuje się marketingiem treści, analizując jego wpływ na zakupowe zachowania konsumentów. W Kei.pl odpowiada za zarządzanie projektami związanymi z content marketingiem. Miłośniczka reklamy natywnej i metodyki SCRUM.
Kung Fu zegarmistrzostwa, czyli czarny pas w zarabianiu pasją #ModaNaHosting
5 (100%) 11 głosów